Dziś w menu


Paella z owocami morza


Chcesz silnym być - do nas przystąp. Zostań prawdziwym AKWARYSTĄ. Jest nas już trzystu, może czterystu, w tym dwóch majorów, jeden biskup, ośmiu dentystów w randze ministrów - Klub Akwarystów. 

Chyba nie ma w żadnym mieście dziecka, które nie chciałoby mieć psa. Albo  kotka. Chociaż świnkę morską? Chomika?? Patyczaki??? Błagałam mamę o zwierzątko, ale pupa. Jak już dostałam od siostry psa, to i tak mama sprytnie wyprowadziła go z powrotem  do siostry. Do dziś mam o to żal. Ostatecznie jednak nie po to człowiek w końcu jest dorosły, żeby nie spełniać własnych marzeń. Przeprowadziłam się dość daleko, żeby moje pupile były bezpieczne. Przyjechałam do Warszawy i kupiłam rybki.  

Mamy pieczątkę dwukolorową,
Na głównej poczcie – skrytkę pocztową,
Nadeszło do nas już kilka listów
Z dopiskiem - Klub Akwarystów. 

Wówczas jedyne miejsce zdolne pomieścić moje akwarium znajdowało się w pracy. Po całym biurze latała papuga, więc szefowa wobec takiego precedensu nie bardzo miała jak odmówić. Ostatecznie rybki wydawały się mniej kłopotliwe niż ptak z tą swoją ptasią przemianą materii. Przynajmniej dopóki nie zauważyliśmy, że szafka pod akwarium podejrzanie się przechyla.  

Mamy akwarium, w nim pływa rybka.
Każdy jej członek może dotykać,
Może nakarmić ją rozwielitką.
- Bądź Akwarystą! 

Pierwszym lokatorem był naturalnie glonojad. Niezmiennie przez wiele lat wszyscy goście biura przychodzili przywitać się z Glonkiem. Ach, ten urok kolczastego pyska i wdzianko w kropki.  Glonek jest nieśmiertelny. Przeżył epidemię ospy, przeprowadzkę do domu, kiedy odeszłam z pracy, irytujące zmiany jakości wody i rok mieszkania z dwoma zbirami – znacznie od niego większymi skalarami. Często robił im na złość; odganiał od miejsc, gdzie opadało najwięcej jedzenia i pożerał wszystko sam, albo rzucał się na nich niespodziewanie zza korzenia. Kiedy kupiłam nowy filtr przez kilka dni zastawałam rano na dnie urządzenie odklejone od szyby. Złorzecząc na jakość przyssawek przyklejałam je z powrotem, aż pewnego popołudnia przyłapałam Glonka na tym, jak wsuwa się cały między filtr a szybę i tak długo trzepie ciałkiem, aż filtr odpadnie. Zaprzestał wandalizmu, gdy zmieniłam kierunek strumienia bąbelków powietrza. Glonek żyje nadal. Jutro idzie na emeryturę do sklepu akwarystycznego. Ech, łezka mi popłynęła. 

Raz jest na miesiąc zmieniana woda
Wtedy obecność obowiązkowa.
Gotowość ciągła - całodobowa,
Obowiązuje odzież gumowa.
Co się zaś tyczy głównych wytycznych
Mamy Manifest Akwarystyczny.
W nim jest zawarte praktycznie wszystko
- Bądź Akwarystą! 

Najfajniejsze chwile to te, kiedy ujawniają się maluchy. Urodziwszy się w akwarium niełatwo jest dorosnąć do takiego rozmiaru, by już nie zmieścić się w przełyku własnego rodzica. Pewien ojciec mieczyk ganiał synka mieczyka po całym zbiorniku, naturalnie nie z miłości do dziecka, a z miłości do jedzenia. Kiedy już wydawało się, że po małym, drugi maluch podpłyną do tatuśka z tyłu i zaczął kąsać go w ogon. Stary osłupiał na kilka sekund, a wtedy oba smarkacze czmychnęły w zielsko.  
Prawdziwą królową była
Molina, biała molinezja welonowa. Witała każdą nową rybę wpuszczaną do wody. Podpływała zawsze, kiedy podchodziłam do szyby. Nigdy, kiedy przy szybie stał ktoś obcy. Po kilku latach zachorowała. Na całym ciałku miała guzy, a największy umiejscowił się przy ogonku. Urósł naprawę wielgachny. W końcu była tak słaba, że tylko leżała na dnie, a ja całymi godzinami siedziałam przy akwarium i szeptałam w jej stronę mantry buddyjskie mające zapewnić albo wyzdrowienie, albo lepsze odrodzenie. Wtedy ona szurając brzuszkiem po kamykach przysuwała się do szyby i nieruchomo patrzyła w moją stronę. Pewnego dnia zastałam ją żwawo śmigającą w trawach. Guz odpadł, ranka zasklepiła się z czasem i Molina żyła jeszcze jakieś dwa lata rządząc niepodzielnie kolejnymi pokoleniami kolorowych mizerot. W końcu odeszła, bo ileż można żyć będąc małą rybką akwariową. Wraz z nią odeszła moja miłość do akwarium. 

 I jeszcze jedno. Jeżeli kiedyś
Chciałbyś opuścić nasze szeregi,
Związać się z grupą innych hobbystów
Nie licz na litość Akwarystów! 

Wprawdzie jeszcze przez kilka lat coś tam usiłowałam hodować, ale czas spojrzeć prawdzie w oczy. Nie wolno dręczyć żywych stworzeń. Wprawdzie trochę łezka w oku, trochę sentymencik kręci w nosie, ale po dziesięciu latach dzielnie opróżniłam dzisiaj akwarium, wyczyściłam i ogłosiłam wszem, że oddam w dobre ręce. Jutro pomyślę, co dalej.  

Prolog: Kiedyś zostawiłam w łazience rurę do odsysania wody z akwarium. Wisiała na kranie w wannie. Wieczorem słyszę z łazienki Szczęściarza: „zabierz dżakuzi !”.

Tagi: rybki, akwarium, dżakuzi

skomentuj (2)

Szczodre kotlety (do odgrzania)


Każda dwunastnica ma swój koniec.
Na początku, dla szeroko pojętego dobra wszystkich, nie należy wylewać wody bez uprzedzenia. Trzeba mówić „uciekajcie wszystkie dusze, bo ja wodę wylać muszę” i dopiero wtedy llluuu. Tak robiły nasze praprababki. A my? Mogłoby być zabawnie w dobie kanalizacji. Zwłaszcza w toalecie. 
W środku dwunastnicy raczej nie jest wskazane manipulowanie igłami. Lepiej też nic nie motać. W dzisiejszych czasach wystarczyłoby nie mataczyć.
Na końcu, czyli dziś, powinny być szczodraki. Na przykład z mięsem lub z grzybami. Albo z serem. Albo chociaż z białą kapustą i orzechami. Na Mazowszu nadziewali podobno burakami. Nie budzi to mojego zaufania. Bułka z burakiem? Jeśli rok był chudy, szczodrak może być pusty. Oj, moje byłyby nie tylko puste, ale też w rozmiarze mikro.
Podobno tradycja pieczenia szczodraków na Trzech Króli zanikała już pod koniec XIX w. Gdybym była prezesem cechu piekarzy i cukierników, zależałoby mi na wskrzeszaniu takich zwyczajów. Jakaś akcyjka informacyjna, chwytliwa promocja, ustalenie mody na nadziewane bułeczki i tadam – jeszcze jeden dzień w roku, kiedy można zarobić na łakomstwie w imię bardzo fajnej tradycji. I jaka ładna nazwa handlowa. Czy groziłoby to komercjalizacją święta Trzech Króli? Chyba nie bardziej niż królewskie ciasto we Francji czy Hiszpanii.
A na marginesie - „Gdy Trzej Króle pogodą darzą, nie zasypiaj ranków gospodarzu”. Jak widać, można spać spokojnie.

skomentuj (0)

Kawa z mlekiem spienionym trochę za mało


smok

Tak, wiem. Szaro dość. DDM powiedziała, że to ładny szablon. Cytuję: „Taki papier toaletowy” :-) . Zatem zmieniam bo lubię i zmianę dołączam do listy zawierającej już obcięte włosy, kieckę zamiast odwiecznych spodni, nowe miejsce na liczne końcówki do robota i działający prysznic. Zatem wchodzę w rok białego smoka cudownie odmieniona i wyposażona w nówkę maszynkę do parzenia kawy tak profesjonalnej, że nie wiem, po co miałabym chodzić do kawiarni, skoro mam to cacko na własność. I to na zawsze. Ponadto Mikołaj przyniósł też maszynkę do pieprzenia. Nieźle się zapowiada … rok smoka

skomentuj (4)